Kategorie: Wszystkie | córka czarownicy | o blogu
RSS
poniedziałek, 26 października 2009

Margrabia władczym skinieniem dłoni przywołał jednego ze swoich gwardzistów.

- Leiff, zejdź z konia i dołącz do pieszych.

Mężczyzna nazwany Leiffem posłusznie zeskoczył ze swojego wierzchowca i, przynaglany kolejnym skinieniem pracodawcy, podał wodze czarodziejce. Nawet jeżeli ta nowa rola nie przypadła mu do gustu, nie można było niczego wyczytać z wyrazu jego twarzy, która wyglądała, jakby została wykuta z kamienia.

Tymczasem długa suknia, którą miała na sobie Villa, niepostrzeżenie przemieniła się w zgrabne bryczesy. Wzięła wodze od Leiffa o kamiennym obliczu i zwinnie wskoczyła na grzbiet przydzielonego jej konia. Apatyczne dotąd zwierzę parsknęło radośnie i zadrobiło w miejscu, jakby spotkało je coś miłego.

-Schwytaliśmy już jednego, ale jego dwaj towarzysze są bezczelni i myślą, że ocalą swoje nędzne życia- wyjaśnił nowemu gościowi margrabia. Jego głos był przy tym pozbawiony wszelkiego napięcia, jakby prowadził miłą towarzyską pogawędkę.

Czarodziejka odrzuciła na plecy wspaniałe czarne loki i spojrzała na swojego towarzysza przez ramię.

- Złapało się w sidła, co?- zagadnęła tym samym tonem, chociaż w jej oczach nie dało się nie zauważyć złośliwych błysków. Nie mogła zapomnieć, że ten zwykły- bądź, co bądź- człowiek, zaskoczył ją w jej kryjówce i teraz nadeszła pora, aby się odegrać.

Jej rzucona mimochodem uwaga, chociaż mocno enigmatyczna i dwuznaczna, okazała się w pełni zrozumiała dla jej adresata. Margrabia zacisnął szczęki, aż na jego zapadłych policzkach ukazały się gródki.

- Jak pech, to pech. Ale oni wszyscy zapłacą mi za to- warknął, a jego wilcze oczy miotały niebezpieczne błyski. Wyglądało to naprawdę groźnie i Villa pomyślała, że może się jedynie cieszyć, iż tym razem to nie ona jest zwierzyną.

Delikatnie pogoniła swojego konia, który ruszył przed siebie żwawo, jakby nie miał za sobą długiego pościgu, lecz właśnie wybiegł ze stajen świeży i wypoczęty.

Margrabia spojrzał na nią kątem oka.

- Dobrze radzisz sobie ze zwierzętami. Ten koń pogryzł dziś rano stajennego- zauważył po chwili.

Czarodziejka wzruszyła ramionami.

- Ten parobek zasłużył sobie na to. Uderzył konia, gdy ten się potknął- mruknęła w odpowiedzi, a jej oczy zamigotały dziwnie nieprzyjemnie.

Margrabia uniósł brwi lekko, lecz nie odezwał się.

- Powinieneś zwolnić tego stajennego. Często zapomina nakarmić konie, ponieważ leży pijany- kontynuowała tymczasem Villa.

Teraz jej rozmówce wzruszył lekko ramionami.

- Jeżeli znajdę kogoś na jego miejsce. Jeszcze jakieś życzenia, madame, nim całkiem stracę dobry humor?- parsknął ironicznie.

- Uwielbiam, gdy tracisz dobry humor. Wtedy stajesz się naprawdę zajmujący- spojrzała na niego słodko, a ukryta w tym spojrzeniu pewna doza złośliwego zadowolenia była tym razem wyjątkowo trudna do wychwycenia.

Margrabia uśmiechnął się lekko, błyskając wilczymi zębami.

- Większość uważa, że jestem raczej…straszny- zauważył.

- Cóż, cenię się za to, że nigdy nie należałam do większości.

Mężczyzna spojrzał na nią i nagle wybuchnął zupełnie niekontrolowanym śmiechem. Kilka głów odwróciło się w ich stronę, a na kamiennych do tej pory twarzach gwardzistów pojawił się wyraz pewnego zdziwienia. Widać było, że raczej nie przywykli do śmiechu swojego pracodawcy i był on dla nich czymś zaskakującym.

poniedziałek, 19 października 2009

Jej zaskoczenie nie trwało długo. Potrzebowała chwili zaledwie, żeby odnaleźć się w tej nowej roli i podać mu z uśmiechem wielkiej damy drobną dłoń do ucałowania.

- To miło, że uznajesz nas za ludzi- odezwała się, gdy tylko odzyskała głos. – Jak to się mówi? Nie zapomnę tego do końca życia- w jej wykonaniu nie było to jednak sentymentalne stwierdzenie, ale zabrzmiało raczej wesoło.

- Szukałem u Ciebie pomocy i może jeszcze kiedyś będę szukał, więc wolę mieć Cię po swojej stronie- margrabia uśmiechnął się oszczędnie.

- Zobaczymy- podsumowała.

 Wysunęła dłoń z jego uścisku i poprawiła swój olbrzymi czarny szal, który jakimś dziwnym trafem znowu się odnalazł.

- Tak przy okazji- rzuciła mimochodem- mógłbyś upomnieć swoich ludzi, aby obchodzili się troszkę delikatniej z damami. Od ich „uścisków” z pewnością będę miała siniaki, a one raczej nie dodają uroku.

- Oni nie są od tego. Przypuszczam, że nawet nie zrozumieliby, co znaczy delikatne traktowanie.

- Cóż…- czarodziejka ściągnęła usta w dystyngowany ciup i nie podjęła tematu, jednak aluzja zawarta w tonie jej głosu i widoczna w spojrzeniu była aż nadto wyraźna i właściwie nie musiała dodawać, że w jej przekonaniu nie ma już na świecie prawdziwych gentlemanów.

- Przepraszam za nich w każdym razie- mruknął margrabia.

Villa spojrzała na niego z uśmiechem.

- Zatem, znając życie, do zobaczenia.

Odwróciła się na pięcie, zawirowała w obłoku fioletowej poświaty i zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie intensywną woń perfum o zapachu fiołków.

Mijały dni.  Chłodna i deszczowa wiosna przeminęła, a jej miejsce zastąpiło chłodne i deszczowe lato. Oddzielona od wszelkich ludzkich zabudowań nieprzebytymi leśnymi ostępami czarodziejka była całkowicie oderwana od wieści ze świata ludzi i po prawdzie wcale za nimi nie tęskniła. Wszystkich potrzebnych informacji dostarczał jej las i żyjące w nim istoty. Na podstawie ich zachowań oraz własnych magicznych zdolności doskonale orientowała się we wszystkim, co działo się w pobliżu jej miejsca zamieszkania. Zazwyczaj spokoju leśnej gęstwiny nie mąciły żadne niespodziewane wydarzania, a życie jej mieszkańców toczyło się wedle odwiecznego cyklu.  Villa cieszyła się tymi spokojnymi dniami, jednak w głębi duszy czuła, że tęskni za czymś więcej. Od dawna nikt nie posyłał po nią, nie żądał od niej rzeczy niemal niemożliwych i chociaż kiedyś czarodziejka była głęboko przekonana, że o takim właśnie spokoju i zapomnieniu marzyła, teraz nie była już tego tak pewna. Chciała, żeby wydarzyło się coś nowego, coś, co zmąci rutynę jednostajnych dni. Jej marzenie wkrótce miało się spełnić.

Pewnego ranka obudziła się podekscytowana. Tak intenstwnych uczuć nie doświadczała już od dawna i prawie zapomniała, jak smakują. Coś miało się tego dnia wydarzyć, była o tym przekonana. W lesie działo się coś dziwnego, coś, co znaczenie różniło się od błogiego spokoju, który zazwyczaj charakteryzował jej najbliższe otoczenie. Docierały do niej jakieś głosy, krzyki, czuła niepokój i strach zamieszkujących jej otoczenie istot. To przywołało dalekie i smutne wspomnienia, których Villa od dawna już nie przywoływała. Dziwne zakapturzone postaci, niepewne i przerażone, a jednocześnie pełne gniewu i nienawiści, nawoływania, które przechodziły z ust do ust: „Zabić wiedźmę! Nie chcemy tu żadnych odmieńców!” Wzdrygnęła się. Tym razem jednak nie chodziło o nią. Działo się coś niezwykłego i czarodziejka za wszelką cenę musiała się o tym przekonać. Znała wiele ścieżek, dzięki którym mogła bezpiecznie przemieszczać się po leśnych ostępach niezauważona przez nikogo. Poza tym zawsze można było uciec się do ostateczności- rzucenie zaklęcia niewidzialności trwało zaledwie kilka sekund. Przyczajona za drzewem widziała ludzi na koniach, krzyczących i gnających w sobie tylko znanym kierunku. A więc zwięrzęta miały rację, była to obława.

- Witaj- odezwał się za nią niespodziewanie posępny głos, który wydał jej się dziwnie znajomy.

Odwróciła się błyskawicznie. Zaledwie o parę kroków od niej stał wielki kary koń, a na nim siedział margrabia.  Nie wyglądał na zdziwionego z powodu tego niespodziewanego spotkania. Nie miała pojęcia, w jaki sposób udało mu się podejść do niej tak bezszelestnie, ale on nie dał jej czasu do namysłu.

- Chcesz dołączyć do obławy? –zapytał po prostu.

Villa szybko przełknęła porcję zaskoczenia i gniewu.

- A na cóż ta obława?- bardzo się starała, żeby jej głos zabrzmiał beztrosko i nie dało się w nim dosłyszeć zdziwienia.

- Kłusownicy- warknął zaciskając pięści. – Zastawiają paści na wilki i trują zające- wskazał jej kierunek obławy i czarodziejka zauważyła, że lewą dłoń ma obandażowaną.

Jeżeli brakowało jej przygód, teraz nadarzała się okazja, aby przeżyć jakąś. Villa nie zastanawiała się długo.

- Bardzo chętnie wybiorę się na miłą przejażdżkę.

09:40, joanna.yennefer , córka czarownicy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 października 2009

- A więc mężczyźni powinni być o tyle mądrzejsi, aby czasem używać tego, co tak szumnie nazywają rozumem- prychnęła w odpowiedzi Villa.

Być może spodziewała się, że jej rozmówca odpowie jej podobnym tonie, ale margrabia zmarszczył tylko brwi i nie podjął tematu.

- No więc, dlaczego nie były odpowiednie?- zapytał tylko, nawet nie starając się ukryć, że ta rzucona mimochodem uwaga bardzo go zainteresowała.

Czarodziejka rozsiadła się wygodnie na olbrzymim krześle, które z powodzeniem mogło pełnić funkcję fotela i zamyśliła ostentacyjnie, z przyjemnością obserwując, jak ten niecierpliwy człowiek próbuje przygwoździć ją wzrokiem i w ten sposób przyśpieszyć odpowiedź. Trzymanie ludzi w niepewności było bardzo interesujące.

- To bardzo proste- odezwała się wreszcie. –  Niemożliwe jest po prostu, aby jakakolwiek normalna kobieta urodziła TAKIE dziecko.

- Więc jaka?- margrabia niemal wpadł jej w słowo.- Czy to w ogóle możliwe, aby zdjęć to cholerne przekleństwo?!

Wzruszyła ramionami. Stanowczo zbyt wiele od niej oczekiwał.

- A tego to już nie wiem- odrzekła spokojnie.

Patrzył na nią przez chwilę w taki sposób, że gdyby wzrok mógł zabijać, od razu padłaby na ziemię martwa, rażona mocą tego spojrzenia. Jednak wzrok nie mógł zabijać, a czarodziejka była wyjątkowo odporna na tego typu reakcje, dlatego margrabiemu nie pozostawało nic innego, jak odwrócić się na pięcie i odejść. Był już ku temu czas najwyższy, ponieważ żałobne bicie dzwonów przybierało na sile.

Villa nie została zaproszona do wzięcia udziału w pogrzebie i po prawdzie wcale nie miała ochoty w nim uczestniczyć, dlatego ze spokojem wielkiej damy wyjęła z fałd swojej sukni spore lusterko, które mogło się tam zmieścić jedynie dzięki magicznej interwencji i ze stoickim spokojem zajęła się poprawianiem makijażu. Do wieczora właściwie nie miała innych zajęć poza dalszym zwiedzaniem zamku. Na szczęście był on na tyle duży, że dostarczył jej rozrywki na cały dzień, gdyż ani gospodarz ani jego milcząca służba nie mieli czasu, aby się nią zająć. Gdy zobaczyła już wszystko, co było do zobaczenia, zeszła na dół i zaczekała w jadalni aż służba poda kolację. Była przekonana, że margrabia zjawi się na posiłku, chociażby z przyzwyczajenia. Uważała się za osobą dobrze wychowaną i nie chciała odchodzić bez pożegnania.

Jej przypuszczenia sprawdziły się. Gdy służba zastawiła stoły, zjawił się również biesiadnik, którego mina wyraźnie kontrastowała z obfitością pokarmów obecnych na stole. Był tak zamyślony, że prawdopodobnie nawet jej nie zauważył, podniósł wzrok dopiero, gdy chrząknęła znacząco.

- Chciałam podziękować za gościnę. Na mnie już pora. Zrobiłam już, co do mnie należało- odezwała się.

Spojrzał na nią ponuro, chociaż jego spojrzenie nie było podszyte z trudem tłumioną agresją i wściekłością, które do tej pory dominowały w jego sposobie bycia- wyglądał po prostu na zmęczonego, smutnego człowieka.

- Na pewno nie chcesz zapłaty? Moi gwardziści nie byli zbyt mili ani ja tym bardziej…zatem należy ci się wynagrodzenie- powiedział poważnie.

Była zaskoczona. A więc zauważył, ze zachowanie jago sług było hmmm…co najmniej niestosowane? Wobec tego nie pozostawało jej nic innego jak wejść w rolę, chociaż miała świadomość, że wówczas szanse na jakąkolwiek zapłatę zmaleją praktycznie do zera.

- Nie godzi się przyjmować zapłaty za niewykonaną pracę. Poza tym bardzo miło spędziłam tu czas, nawet pomimo grubiaństwa gwardzistów- zapewniła.

- Cieszę się- odrzekł niemal machinalnie.- Odejdź zatem w spokoju, a skoro nie chcesz zapłaty, to pozwól, że w ramach wdzięczności nie wpuszczę już nigdy łowców czarownic na swoje włości.

Jego wypowiedź wywołała słaby uśmiech na jej ustach. I nie był to już uśmiech ironicznej wyższości, ale normalny gest, podszyty może nawet pewną dozą starannie ukrywanej wdzięczności.

- Myślę, że to będzie najlepsza zapłata- przyznała.

- Skoro nie pozwalam polować na zwierzęta, nie mogę pozwolić polować również na ludzie- podsumował.

 Margrabia energicznie wstał od stołu i dwornie ucałował dłoń oniemiałej ze zdziwionej czarodziejki.

poniedziałek, 05 października 2009

Villa patrzyła na niego w milczeniu. Rozmowa z ludźmi bardzo często przekraczała granice jej wytrzymałości, chociaż trzeba było uczciwie  przyznać, że nie zaliczała się do osób przesadnie cierpliwych. Przecież od dłuższego czasu próbowała wytłumaczyć siedzącemu naprzeciw niej człowiekowi oczywiste reguły od wieków rządzące światem, podczas gdy on uparcie ignorował jej słowa, pomijał sprawy, które nie były istotne dla niego samego i koncentrował się tylko na tych, z których mógłby wyciągnąć korzyści dla siebie. Ludzie byli różni- jedni dość szybko pojmowali oczywiste prawdy, inni byli bardziej oporni na wiedzę, jednak siedzący przed nią przedstawiciel gatunku ludzkiego był wyjątkowym ignorantem w tym względzie. Z każdą chwilą spędzoną na rozmowie z nim nabierała przekonania, że jest to wyjątkowo odporny na wiedzę gatunek egoisty, którego udzielona lekcja nie nauczyła niczego. Mimo to podjęła kolejną próbę, z trudem powstrzymując ziewnięcie. Trzeba mieć na uwadze, że jakoś tam, na swój sposób cierpiał z powodu tragedii, która wydarzyła się tej nocy.

- Bądź cierpliwy- poradziła tonem, jakim znudzony nauczyciel po raz kolejny podaje opornemu uczniowi tę samą lekcję.- Patrzę na Ciebie i widzę: nienawiść do świata jak krwawa mgła przysłania ci całą resztę. Podążasz przed siebie na ślepo i dlatego cierpisz jeszcze bardziej. Założę się, że żadna z Twoich żon nie wiedziała nic o klątwie i jej ewentualnych następstwach.

- Po co miałaby wiedzieć?- niemal wpadł jej w słowo. –Wtedy na pewno żadna z nich by mnie nie przyjęła, a ja nie miałabym szans na zdjęcie klątwy. „Twoje dziecko za moje szczenię” powiedziała tamta przeklęta wilczyca „aby wyrównać rachunki”. A kto mi zwróci moje martwe dzieci? Gdzie tu równowaga?

No tak. Było dokładnie tak, jak się spodziewała- nie zrozumiał niczego. Ściągnęła usta po swojemu.

-Teraz już wszystko jasne- jej słowa zabrzmiały wyjątkowo protekcjonalnie, a margrabiemu wyraźnie nie spodobał się ton jej głosu. Prychnął ironicznie w odpowiedzi.

- Teraz oświecisz mnie swoją mądrością, a ja mam pokornie słuchać?

 Villa uśmiechnęła się z wyższością.

- Cóż, wypada słuchać, gdy mądrzejsi mówią.

Odpowiedzią było kolejne, bardzo wilcze prychnięcie. Chyba w końcu zaczynał coś pojmować…a w każdym razie nie przerywał jej, a to już było coś. Zadowolona pochyliła się w jego stronę, opierając na dłoni małą, trójkątną twarz.

- Zadarłeś z boginią Selene, a ona jest niestety bardzo mściwa- powiedziała powoli, patrząc na niego z bliska. Nie chciała przegapić jego reakcji.

- Pieprzona suka- warknął po swojemu.

Czarodziejka uśmiechnęła się upiornie.

- Nic tak nie rozładowuje atmosfery jak soczyste przekleństwa- rzekła jedwabiście.

Margrabia prychnął głośno. Przeceniła go sądząc, że zachowa panowanie nad sobą.

- Miała być równowaga, tak?! A ta suka zabiła trzynaścioro ludzi za jednego swojego szczeniaka! I gdzie tu równowaga?!- wrzasnął.

- A ile zwierząt ty zabiłeś wcześniej?- zapytała z perfidną ciekawością.

Była stanowczo zbyt pomocna, a to przecież nie było w jej stylu. Pomyślała z lekkim niepokojem, że chyba jednak się starzeje.  Z satysfakcją patrzyła, jak jej rozmówca wstaje od stołu z impetem.

- Dość tego. Biją już w dzwony, zaraz pogrzeb- rzekł twardo.

Spojrzała na niego, starając się wyglądać przy tym tak niewinnie jak tylko mogła.

- Jeszcze jedno…

Margrabia spojrzał na nią ciężko, ale tym razem jej nie przerwał.

- Oświecę cię w przypływie dobroci, bo sam pewnie nie dojdziesz do tego przez następne piętnaście lat. Nigdy nie zastanawiałeś się nad tym, dlaczego coś idzie nie tak? Dlaczego nie możesz zrzucić z siebie klątwy? Może po prostu kobiety, które wybierasz, nie są odpowiednie- podsunęła usłużnie.

W jego wzroku zauważyła pewne zainteresowanie.

- A co to ma do rzeczy? Kobieta to kobieta- podsumował.

środa, 30 września 2009

- Ładnie tu...

- Tak... moja rodzina mieszka tu od wieków – Magrabia nalewa sobie jeszcze wina, wyraxnie zbierając siły przed pogrzebem.

- Podoba mi się - przez chwilę milczy - Trochę przypomina dom w Bergu, gdzie kiedyś mieszkałam.

- Stamtąd pochodzisz?

- Nie, ale tam mieszkałam przez wiele lat. Mój ojczym lubił polowania.
Na wzmiankę o polowaniach margrabia wzdryga się, aż rozlewając wino.

- Polowania? Nienawidzę ich! - rzuca chrapliwie - W moich lasach nie wolno polować.

- No cóż, nie sądzę, że te trofea przywędrowały tu o własnych siłach...

- To było dawno. Teraz w moich lasach nie wolno polować.

Spojrzenie Villi przesuwa się na niego i na nim zatrzymuje, nieruchome.

- Ach...
Margrabia marszczy brwi.

- Mam nadzieję, że nie łamałaś tego zakazu?

- Nie jem mięsa od dzieciństwa. Po prostu... wszystko zaczyna mi się... hm, układać.

- Myślisz pewnie, że musiałem być potworem - spogląda z obrzydzeniem na jelenie rogi nad kominkiem.

- Nie, wcale tak nie myślę. Polowanie to dość częsta rozrywka. Nie można winić ludzi za to, że nie rozumieją praw, które rządzą naturą. Tak już jest.

- Ale jakoś większość z nich nie zostaje przeklęta przez jakiegoś leśnego demona, co?

- Cóż, to się nazywa pech.
Margrabia wydaje z siebie ironiczne prychnięcie, które odsłania jego lśniące złowrogą bielą ostre kły.

- Pech! Tak, to rzeczywiście pech.

- Nie każdy może żyć długo i szczęśliwie. Każdy się zastanawia: „Dlaczego akurat mnie to spotkało? Czy żyłem gorzej niż inni?” Odpowiedź jest prosta. Jedni muszą cierpieć, aby inni mogli być szczęśliwi. Równowaga w przyrodzie musi by zachowana. To przypadek, że padło akurat na Ciebie a nie Twojego największego wroga.
Nie spuszcza z niej płonącego wzroku, oczu podobnych teraz bardziej do wilczych ślepi niż ludzkich źrenic.

- Więc mam tak po prostu poddać się losowi? - w głosie margrabiego słychać obrzydzenie.

wtorek, 22 września 2009

Kolejne z serii olbrzymich drewnianych drzwi, które otworzyła, doprowadziły ją do jadalni, ponurej i złowieszczej jak wszystkie inne pomieszczenia w tym domu. Olbrzymi drewniany stół był w stanie pomieścić co najmniej czterdziestu biesiadników i zapewne pamiętał jeszcze czasy wesołych uczt i zabaw, teraz jednak wydawał się smutny i opuszczony, a jedynym biesiadnikiem był ponury właściciel zamku, zajmujący honorowe miejsce u jego szczytu. Margrabia spożywał samotne śniadanie lub raczej siedział posępnie nad pustym talerzem, a czerń ubioru dodatkowo podkreślała bladość jego twarzy. Energiczny stukot obcasików na kamiennych płytach podłogi gwałtownie wypełnił panującą w pomieszczeniu ciszę, jednak mężczyzna nawet nie uniósł wzroku.

Czarodziejka usiadła dystyngowanie na krześle nieopodal gospodarza i przerwała ciszę stanowczym chrząknięciem, gdy stało się jasne, że margrabia nie zaszczyci jej nawet spojrzeniem. Dopiero wtedy spoczął na niej jego obojętny wzrok.

-Ze godzinę odbędzie się pogrzeb- oznajmił.

Jego towarzyszka powoli odgarnęła włosy opadające na ramiona. Gdzieś zapodziała swój olbrzymi szal, który skromnie okrywał zupełnie nieskromny dekolt, odsłaniający idealnie białe ramiona i srebrnego węża na jej szyi, łypiącego na świat upiornie diamentowymi oczkami.

- Pomyślałam, panie, że to mogłoby Ci się przydać- na jej otwartej dłoni nie wiedzieć kiedy pojawiała się mała fiolka wypełniona fioletowym płynem.

Margrabia spojrzał na buteleczkę, a potem na twarz siedzącej obok kobiety, jakby chciał się upewnić, czy nie jest to jakiś podstęp. Jednak jego towarzyszka była spokojna i obojętna.

- Cóż to jest?- zapytał.

Wzruszyła ramionami.

- Napar wyciszający.

-Sądzisz, że rzucę się do grobu oszalały z rozpaczy?- sarknął ironicznie, ale sięgnął po oferowany mu specyfik i otworzył fiolkę, wąchając płyn odruchowo.

- Coś tak nierozsądnego nie przyszło mi do głowy. Pomyślałam raczej o tym, że…po silnym wstrząsie każdy zasługuje na chwilę wytchnienia- odpowiedziała spokojnie.

- Dziękuję- rzekł po chwili milczenia.- Czy to pomoże mi zasnąć, gdy będzie już po wszystkim?

- Myślę, że tak- jego towarzyszka skinęła głową w skupieniu.

- Dziękuję.

Wsunął buteleczkę w fałdy swojej szaty i odsunąwszy z grymasem obrzydzenia pusty talerz, wychylił do dna stojący przed nim kielich wina.

Czarodziejka pomyślała, że właściwie powinna już iść. Zrobiła, co do niej należało i jej obecność była zbędna dla mieszkańców pogrążonego w żałobie zamku. Była jednak bardzo zmęczona, a zmęczenie narastało jeszcze bardziej na myśl o opuszczeniu tego ciepłego schronienia. Oparła głowę o rzeźbione oparcie krzesła i ciekawie rozejrzała się dokoła. Jadalnia, w której się znajdowali, była wielką i zimną salą z gobelinami przysłoniętymi czarną materią na znak żałoby, ośwtieltona zaledwie połową świec z wielkiego lichtarza stojącego na stole. Tutaj również wisiały stare poroża i inne myśliwskie trofea sprzed lat.

09:24, joanna.yennefer , córka czarownicy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 września 2009

Margrabia miotał się jeszcze przez chwilę, mrucząc pod nosem przekleństwa. Trudno było zrozumieć ich dokładny sens i znaczenie, zwłaszcza że często przechodziły w niezrozumiały pomruk, podobny trochę do warczenia rozdrażnionego psa. Jednak czarodziejka potrafiła wyłowić z tego potoku złorzeczeń wystarczająco wiele, aby wiedzieć, że wśród żalów mężczyzny nie było miejsca dla tragicznie zmarłej żony i rozpaczy nad jej strasznym losem, lecz biadanie nad okrutną niesprawiedliwością, która spotkała jego samego. Mimo to kobieta nie przerywała mu, czekała cierpliwie aż skończy, patrząc na niego ze wzgardliwą drwiną wyraźnie malującą się w jasnych oczach.

- Nic na tym świecie nie dzieje się bez przyczyny. Myślisz tylko o swoim cierpieniu, a powinieneś raczej pomyśleć o losie tej biednej istoty, która umarła…hmmm…nie ukrywajmy- z Twoje winy- odezwała się wreszcie.

Ryzykowała wiele, wiedząc, że porywczy mężczyzna z trudem panuje nad swoimi emocjami. Jednak tym razem znowu miała szczęście. Margrabia błysnął złowieszczo dzikimi oczami i milczał uparcie, zaciskając dłonie na balustradzie. Czarodziejka również milczała. Przymknęła oczy i wystawiła twarz na podmuchy chłodnego, nocnego wiatru. Miała za sobą bardzo pracowitą noc, jej wysiłki poszły na marne, a w zaistniałej sytuacji nie wypadało nawet rozmawiać o zapłacie. Ten nieszczęśnik męczył się…zapewne z własnej winy, bo nikt nie słyszał jeszcze o przypadku, w którym ktoś zostałby obciążony klątwą bez powodu, jednak wypadało okazać chociaż pozory ludzkich uczuć.

Długo stali obok siebie w absolutnym milczeniu, pogrążeni każde we własnych myślach i czarodziejka zdążyła już prawie zupełnie zapomnieć o swoim towarzyszu, gdy pełną napięcia ciszę przerwał jego chrapliwy głos:

- Cóż…zrobiłaś, co mogłaś…zejdź na dół, a rządca wypłaci Ci rekompensatę za Twój czas…ktoś odwiezie Cię, gdzie zechcesz- głos margrabiego był zmęczony i głuchy, tylko oczy płonęły dziko w wychudłej twarzy.

- Och, nie ma o czym mówić. Bądźmy szczerzy, w obecnej sytuacji nie zasługuję na zapłatę. W końcu nie wywiązałam się ze swojego zadania- zapewniła go zupełnie nieszczerze.

Puchacz siedzący na gałęzi tuż za oknem zagruchał dziwnie złowieszczo. Czarodziejka wzdrygnęła się i odwróciła wzrok od ciemnej ściany lasu.

-Rekompensatą za mój czas może być gościna, której udzielisz mi na tę noc, panie. Teraz w lesie nie jest…bezpiecznie- w jej głosie dało się słyszeć ledwo wyczuwalne drżenie.

-Jak zatem chcesz. Ja teraz muszę…zająć się swoimi sprawami, więc…-margrabia wzdrygnął się lekko.

Życzenia dobrej nocy raczej nie wchodziły w rachubę, dlatego czarodziejka skłoniła się dystyngowanie i odeszła tak cicho, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Nikt nie zwracał na nią uwagi w pogrążonym w żałobie zamku, w którym wszyscy mieszkańcy pochłonięci byli przygotowaniami do pogrzebu. Dało się bez trudu zauważyć, że margrabiemu zależy na pośpiechu, a idealnie wyszkolona służba bez szemrania spełniała wszystkie jego żądania. Czarodziejka obserwowała tę krzątaninę, niespiesznie spacerując po olbrzymich komnatach, pełnych myśliwskich trofeów, naznaczonych wyraźnie piętnem nieubłaganego czasu. Bystremu oku postronnego obserwatora nie mógł umknąć fakt, iż wszystkie te myśliwskie skarby były bardzo stare; pochodziły sprzed bez mała szesnastu lat. W rodzinnej galerii, do której trafiła, wisiały portrety ojca, matki, braci i sióstr obecnego właściciela, z widocznymi na nich datami śmierci sprzed piętnastu lat, oraz dwóch zmarłych żon margrabiego, które zmarły kolejno cztery i dwa lata wcześniej.

10:24, joanna.yennefer , córka czarownicy
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Czarodziejka spojrzała na niego z lekkim wahaniem. Była przyzwyczajona zawsze mówić to, co myślała, ale teraz nie była przekonana, czy stojący obok niej mężczyzna będzie w stanie dobrze ją zrozumieć…czy będzie w stanie zrozumieć ją w ogóle. Ludzie byli dla niej zaskakującymi istotami. Nauczyła się już, że ci, którzy byli w rozpaczy, nie zawsze potrafili myśleć racjonalnie i przyjmować z należytą wdzięcznością rozsądne uwagi i porady. Postanowiła jednak zaryzykować.

- To, co powiem, może nie będzie stosowne do zaistniałych okoliczności, ale powinieneś o czymś wiedzieć, panie…-zaczęła ostrożnie.

Margrabia odwrócił głowę jednym błyskawicznym ruchem i spojrzał na nią dzikim wzrokiem. Ściągnięte rysy jego twarzy przywodziły na myśl warczącego wilka. Czarodziejka uniosła powieki i nieruchomo wytrzymała jego spojrzenie, a źrenice przecinające jej jasne oczy były wąskie i nieludzko zwężone. Przypominała teraz sposobiącego się to ataku węża. Ta próba sił nie zbiła jej jednak z tropu.

-Dziecko ani jego matka nie mieli żadnych szans na przeżycie. To dziecko nie było nawet hmmm…do końca człowiekiem. Żadna kobieta nie zniosłaby TAKIEGO porodu.- kontynuowała, patrząc na niego z wyrzutem.

Była pewna, że po tych słowach rzuci się na nią i rozszarpie na kawałki lub przynajmniej każe jej natychmiast wynosić się ze swojego domu, ale nie zrobił niczego takiego. Odwrócił od niej dziki wzrok i zapatrzył się w okno.

-To ta klątwa, ta przeklęta klątwa! Nie zasłużyłem sobie na nią!- wrzasnął, a jego głos przypominał chrapliwe warknięcie.

- Niesyty nie posiadam mocy, która mogłaby zwalczyć klątwę.

Czarodziejka ściągnęła usta w wąską kreskę po swojemu, ale w jej głosie zabrzmiało współczucie.   

-Kto posiada? Może Bóg?- wydął wargi w pogardliwym grymasie.- Nie ma dla mnie nadziei, muszę się z tym wreszcie pogodzić.- ton jego głosu sugerował jednak wyraźnie, że nie jest to człowiek, który wie, co to znaczy godzić się z losem.

Czarodziejka spojrzała na niego ze współczującą pobłażliwością. Ludzie nigdy nie wiedzieli rzeczy tak oczywistych, nawet nie starali się ich pojąć. Co oni zrobiliby bez magów? Ich życie byłoby wiecznym tułaniem się we mgle.

-Klątwa zazwyczaj zostaje rzucona wraz z ładunkiem nienawiści i to nienawiść właśnie sprawia, że staje się niemożliwa do odczynienia, bo wymagałaby zgromadzenia takiego samego ładunku nienawiści, co oczywiście nie jest możliwe.- wyjaśniła jednak cierpliwie.

Ta oczywista prawda nie mieściła się jednak w głowie jej rozmówcy.

- Dlaczego? Dlaczego niemożliwe jest zgromadzenie takiej nienawiści? To, co ja teraz czuję, nie wystarcza?- warknął wściekle.

Stanęła obok niego i zajrzała mu w oczy, a na jej ustach pojawił się uśmiech, który w zamierzeniu miał być kpiący, ale wyszedł raczej upiornie tajemniczy.

- Do tego dochodzi jeszcze moc, którą Ty nie dysponujesz, panie…Oczywiście nie istnieje słowo „niemożliwe”. Jest jeden sposób, lecz niezależny ode mnie ani tym bardziej od Ciebie…

W jego oczach pojawił się błysk szalonej nadziei. Czarodziejka jednak patrzyła na niego spokojnie i równie spokojnie kontynuowała.

-Klątwy nie trwają wiecznie, bo nienawiść maleje stopniowo, z razem z nią siła klątwy.

Odwrócił się od niej z niecierpliwym warknięciem. Było widać jak na dłoni, że bierne wyczekiwanie wydaje mu się straszliwsze niż sama klątwa.

-To na nic…-wycedził przez zęby.

Czarodziejka wymownie przewróciła oczami.

-Ta niecierpliwość Cię zgubi.- ostrzegła spokojnie.

09:34, joanna.yennefer , córka czarownicy
Link Komentarze (1) »
środa, 26 sierpnia 2009

Czarodziejka zsyła na umęczoną położnicę odrętwienie, które sprawia, że nie cierpi tak bardzo i przystępuje do roboty nadzwyczaj sprawnie. Odpędza wszystkie kobiety i po chwili nad łożem unosi się niebieskawa mgiełka magiczna. Wydaje się, że wszystko idzie dobrze, a dziecko, choć duże i źle ułożone, bezpiecznie wydostanie się na świat, gdy nagle niebieska magiczna mgiełka zmienia się w krwawą zorzę, rodząca wypręża się z bolesnym krzykiem, wtórując ni to wrzaskowi ni to warczeniu swego nowo narodzonego dziecka, które niczym nie przypomina noworodka, stanowiąc obrzydliwą mieszankę zwierzęco demonicznych cech. Zdziwiona czarodziejka nie bardzo wie w pierwszej chwili co zrobić, bo nigdy jeszcze nie spotkała się z czymś takim. Po chwili opanowuje pierwsze przerażenie i zabiera się do pracy ze zdwojoną siłą. Wszelkie jej wysiłki spełzają na niczym, jakby udaremniała je jakaś mroczna, zła siła. Wyczerpana kobieta krwawi, silnie poharatana zębami straszliwego noworodka i traci siły z sekundy na sekundę, a dziecko po pierwszym krzyku leży nieruchomo, nie oddychając...
Wściekła i wyczerpana męczącymi czarami czarodziejka okrasza wszystko obfitymi przekleństwami, miotając je zwłaszcza pod adresem męża, który pozwolił żonie samotnie wędrować po lesie, gdzie zapewne spotkała ją przygoda której efektem było to straszliwe dziecko. Widać, że nic już nie można zrobić – po kilku minutach położnica oddaje ostatnie tchnienie, nie powiedziawszy już żadnego zrozumiałego słowa.
Na pustym korytarzu stoi margrabia, oparty o balustradę, z twarzą ukrytą w dłoniach. Na ten widok czarodziejkę stopniowo opuszcza wściekłość i gdy zbliża się do złamanego mężczyzny czuje już tylko współczucie. Kładzie chłodną dłoń na jego ramieniu. Margrabia odwraca powoli głowę, nie mając odwagi o nic spytać. Czarodziejka przymyka pomalowane na czarno powieki i ledwo dostrzegalnie potrząsa głową.
- A..... a dziecko? - szept który wydobywa się z ust hrabiego ledwo słychać, tak jest zmęczony i schrypnięty.
- Przykro mi....
Mężczyzna opuszcza głowę, patrząc się z rozpaczą na swoje dłonie zaciśnięte na barierce. Naraz jego twarz sztywnieje, uderza pięścią w drewno.
- Znów! Znów to samo! Boże, czy naprawdę sobie na to zasłużyłem?!

środa, 19 sierpnia 2009

Czarny szal szczelnie ukrywał twarz swojej właścicielki i tylko oczy-hipnotyzujące i nieruchome jak u węża, błysnęły groźnie, gdy do niej mówił.

-Widzę, że w tym domu nie tylko służba nie przestrzega elementarnych zasad dobrego wychowania...Jeżeli pragniesz,panie,abym Ci pomogła, radziłabym używać formy czarodziejka.

Mówiła swobodnie i lekko, jakby prowadziła niezobowiązującą konwersację, jednak niebezpieczne błyski w jej oczach sugerowały, że nie żartowała. Szybkim ruchem zsunęła z włosów swój czarny szal, ukazując bladą, trójkotną twarz, otoczoną czarnymi lokami.

Nie wiadomo, co zirytowało go bardziej- treść jej wypowiedzi czy to, jakim tonem została przekazana. Ruszył ku niej po schodach, a w jego zmęczonych, wilczych oczach zapłonęła żądza mordu. Jednak po chwili opanował się, jakby nagle o czymś sobie przypomniał i zatrzymał w pół kroku.

-Jeśli myślisz,kobieto, że w momencie, gdy moja żona umiera, mam czas myśleć o uprzejmościach, to jesteś chyba bez serca! Potrzebuję Twojej pomocy,więc jeśli chcesz mi jej udzielić, nie marnuj czasu!- zawołał udręczonym głosem.

Widać było, że nie żartuje- w jego oczach płonęła szaleńcza rozpacz, niemal granicząca z obłędem.

Czarodziejka ściągnęła usta w wytworny ciup i zamilkła na chwilę. Nie chciała, żeby jej towarzysz domyslił się, o czym właśnie myślała,gdyż dokonywała w myślach szybkich i zupełnie niestosownych do powagi sytuacji obliczeń. Wyrwanie jej z łózka w środku nocy będzie go słono kosztowało... 

-Widzę, że sprawa jest poważna...Prowadź,panie-odezwała się wreszcie głosem tak słodkim, że wydawał się pochodzić od kogoś zupełnie innego.

Margrabia spojrzał na nią raz jeszcze,a potem schwycił za ramię i poprowadził po szerokich kamiennych schodach do wspaniałej komnaty, gdzie w wielkim łożu,pośród przestraszonych kobiet, leżała młodziutka dziewczyna. Była drobną i śliczną blondyneczką o niebieskich oczach, pełnych teraz bólu i przerażenia. Na ten widok margrabia zatrzymał się gwałtownie i spojrzał czarownicy prosto w oczy. 

-Uratuj ją,rozumiesz?Ją i dziecko...albo przynajmniej dziecko. Rozumiesz?

Wiedźma ze spokojem wytrzymałam jego spojrzenie, ostentacyjnie wysuwając z żelaznego uścisku jego dłoni chłodne ramię.

-Zobaczę, co da się zrobić. Postaram się pomóc, ale cudotwórcą nie jestem,a Twoja żona nie ma niestety hmmm...warunków.-powiedziała surowo.

Wyminęła go w progu i podzeszła do młodej kobiety, spoczywającej w łożu. Jej towarzyszki natychmiast odsunęły się z szacunkiem, a rodząca zwróciła na nią udręczone spojrzenie. Byla tak blada, że niemal szara i widać było, że ma niewielkie szanse na przetrzymanie porodu.

18:31, joanna.yennefer , córka czarownicy
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2